niedziela, 21 października 2012

Walibi World


Żółty to ja, Czerwony to Michał. Tak wyglądaliśmy na wszystkich kolejkach.


 Od początku pobytu w Holandii Michał bardzo chciał żebyśmy odwiedzili jeden z parków rozrywki. Jest ich na jej terenie kilka, ale wybieraliśmy między Eftelingiem, a Walibi. Pierwszy bardziej baśniowy, ze spokojniejszymi atrakcjami podobno warto zobaczyć choćby ze względu na klimat. Drugi z bardziej ekscytującymi atrakcjami, między innymi dużą ilością roller coasterów. Tak więc 13 października wybór padł na ten drugi. Decyzja podjęta wczesnym rankiem, podróż zaplanowana i przygotowana w ciągu godziny. Żadne z nas jej nie żałuje, ponieważ było super ;)


  Wyruszyliśmy z akademika na stację rowerami o 9:45. Wzięliśmy ze sobą trochę prowiantu, kilka kanapek, termos z gorącą herbatą, jakieś słodycze i napoje, żeby nie wydawać zbędnie pieniędzy na na pewno drogie rzeczy w Walibi. O 10:10 odjechał, na szczęście razem z nami pociąg do Utrechtu, tam przesiadka do Hardewijk (bilet dla jednej osoby w dwie strony – 30,70 euro). W tej miejscowości tuż przy stacji stała budka z Panem w środku sprzedającym bilety na autobus do parku (7 euro w dwie strony) i wejściówki do parku jeśli ktoś chciał (30 euro). Dla nas najkorzystniejsza okazała się opcja combi, czyli jedno i drugie za 31 euro. Okazało się także, że w ten weekend i następny, z okazji Halloween, park jest otwarty dłużej (w sobotę do 23:00), oraz otwarte są nowe atrakcje w tematyce owego święta, ale o tym później.


  Tak więc autobusem dojechaliśmy na miejsce, podziwiając wcześniej niepowtarzalny widok morza tuż przy prostej drodze najmłodszej prowincji Holandii, czyli Flevolandu. Wyrwana morzu w 1986 roku sprawia wrażenie jakby woda po prawej stronie była wyżej niż podłoże po lewej, tak jakby tylko droga wybudowana na wale zapobiegała katastrofie. Na miejsce dotarliśmy o 12:45, tak jak planowaliśmy. Pogoda niestety nam tego dnia nie dopisała. Sporo padało i było chłodno, miałam parasol na wszelki wypadek więc nie było tak źle, naprawdę przydał się, szczególnie podczas czekania w kolejkach. Po zdobyciu mapy parku wybraliśmy wstępnie atrakcje które chcemy na pewno odwiedzić.


 I porwałam się na pierwszego lepszego roller coastera, zupełnie bez świadomości jaki będzie. Zaryzykowałam, przynajmniej nie bałam się na sam jego widok. Michał zdziwiony oczywiście się zgodził i już po 10 minutach siedzieliśmy przypięci w Xpress'ie. Było strasznie! Byłam przerażona. Pierwszy raz byłam na czymś takim. Żołądek unosi się do góry, trzymasz się kurczowo zapięć i lecisz w dół. Po tym stwierdziłam, że jeśli chcę jeździć tego dnia jeszcze czymś podobnym, to nie wolno mi nic jeść. I tego się trzymałam. Michał śmiał się tylko ze mnie i dokuczał mi wcinając Knoppersy. Gdy ochłonęłam, poszliśmy dalej. W związku z tym, że zaczęło padać, wybarliśmy Merlin's Magic Castle. Tutaj czekaliśmy w kolejce nieco dłużej, około 25 minut. Weszliśmy do środka z dużą grupą osób, tam w pierwszej sali puszczono nam krótki filmik z Merlinem, niestety tylko po holendersku, więc nic nie zrozumieliśmy. Potem przejście do drugiej sali i tam po zajęciu miejsc czarodziej nas zaskoczył sztuczką magiczną. Nie zdradzę jednak co to było, żeby nie psuć nikomu zabawy przy ewentualnych odwiedzinach parku. Następnie udaliśmy się w okolice Sherwood Forest na kolejny roller coaster. Robin Hood, bo tak się nazywał, był większy. Michał pewny tego, że tym razem będzie spokojniej i mniej strasznie, namówił mnie do czekania w tym razem jeszcze dłuższej kolejce. Po mniej więcej 45 minutach czekania w deszczu wsiedliśmy do długiego wagonika. Za pierwszym lekkim zakrętem ruszyliśmy pod górę. Naprawdę wysoko (32 metry) i zaraz potem ostro w dół. To było dużo straszniejsze niż poprzednie! Wcisnęło mnie w krzesło, a Michał cały czas się śmiał, gdy ja krzyczałam. Chciał żebym puściła ręce do góry, a ja przerażona trzymałam pięści zaciśnięte tak, że nikt nie byłby w stanie ich wtedy oderwać, chyba że łomem. Zostało mu wybaczone wprowadzenie mnie w błąd co do intensywności atrakcji, gdyż sam był w błędzie. Musiałam po tym odpocząć, więc na teraz wybraliśmy coś spokojnego. Wychodząc z Sherwood skierowaliśmy się do Wild Wild West, gdzie Michał wsiadł do Tomahawka. Nie miałam ochoty w danym momencie kręcić na czymkolwiek więc robiłam tylko zdjęcia. Uwierzyłam na słowo, że było fajnie ;)


 Idąc dalej przejechaliśmy się dwa razy Rattle Snake. Weszliśmy na teren Walibi Play Landu, wersja mini parku dla dzieci i dość szybko z niego wyszliśmy. Zaraz za jego granicą, ponownie sam, Michał wypróbowywał Super Swing, czyli karuzelę, ale z krzesełkami wiszącymi na łańcuchach 2-3 metry nad ziemią. Nie miałam ochoty kręcić się na karuzeli, więc podziwiałam w tym czasie małą, kolorową fontannę. A stamtąd już tylko kilka metrów dzieliło nas od kolejnego roller coaster'a Speed of Sound. 


  W kolejce musieliśmy stać dosyć długo, prawdoodobnie prawie godzinę. Przez cały czas zapierałam się rękami i nogami, że nie wsiądę do niego, gdyż mając tuż nad głową dźwięk stali i krzyczących ludzi byłam wystraszona. Ogromna konstrukcja i to jak poruszał się długi wagon po torze mogło mnie z łatwością wprawić w nerwowy nastrój. Z czasem jednak oswajałam się z tym co widziałam i słyszałam i ostatecznie zdecydowałam się na jazdę. 


  Ku uciesze mojego towarzysza zajęliśmy pierwsze miejsca, tak że byliśmy parą na samym przodzie wagonika. Jak mam ginąć to co to za różnica z jakiej pozycji. Najpierw tyłem, powoli do góry, chwila wstrzymania oddechu i ostro w dół. Po pierwszej część bardzo mi się podobało, ale druga była bardzo nieprzyjemna, czyli jazda tyłem po tej samej trasie niemal równie szybko. To przeważyło o tym żebym zdecydowała, że tego dnia już do żadnego roller coaster'a nie wsiądę, za żadne skarby. Michał mnie nawet nie namawiał, wiedział, że jak sobie coś postanowię i to bardzo poważnie, to nie ma szans na zmianę decyzji. Po napiciu się gorącej herbaty z termosu (który zresztą był świetnym pomysłem) i chwili odpoczynku mogliśmy iść dalej. Skierowaliśmy się na upatrzony już wcześniej kłodozjazd tutaj zwany Crazy River. To mi się bardzo podobało, nawet jeśli nas trochę zmoczyło. Specjalnie usiadłam z tyłu żeby schronić się w odpowiednim momencie. Gdyby nie to, że znowu płynęliśmy kawałek tyłem (czego bardzo chciałam uniknąć po ostatniej przejażdżce), może zdecydowałabym się na to jeszcze raz. W drodze na La Grande Roue, czyli diabelski młyn, żeby obejrzeć cały park z najwyższego jego punktu (45 metrów) i już na jego szczycie, zaplanowaliśmy co dalej.


  Mapy okazały się naprawdę przydatne. Nie ma się szans na spróbowanie wszystkiego, więc jednak trzeba wybierać to co się chce zobaczyć i poruszać się po parku raczej nie po omacku. Szkoda, że przez większość czasu padał deszcz. Mimo to byliśmy w dobrych nastrojach i bawiliśmy się przez cały czas bardzo dobrze (mój żołądek niekoniecznie cały czas). Zawsze chciałam pojeździć samochodzikami i pozderzać się z innymi, takie dziecięce niespełnione marzenie. Tutaj się udało i kilka minut mogłam cieszyć się takim drobiazgiem :)


  Mimo że ja nie zamierzałam jeździć resztą wielkich kolejek, stałam chętnie czekając aż skorzysta z nich Michał. Dużo lepiej czułam się ze świadomością, że ja tam nie wsiadam, mogłam więc pastwić się nad chłopakiem, który do tej pory straszył mnie. Najpierw Goliath, 46 metrów wysokości, 1.2 km długości z prędkością 106 km/h. Konstrukcja naprawdę imponująca. A wrażenia na pewno niezapomniane.


  Przed 19:00 zaczęło się ściemniać. Z powodu pochmurnej pogody i wypuszczonej sztucznej mgły na uliczki parku, Walibi zmieniło się dość szybko w mroczne i straszne miejsce. Wiedzieliśmy już wcześniej, że w parku szykują jakieś atrakcje z okazji zbliżającego się Halloween, ale nie wiedzieliśmy co to będzie. Idą w kierunku El Condor, czyli ostatniego roller coaster'a, napotkaliśmy wielu 'dziwnych' ludzi. Co chwilę słychać było krzyk dziewczyn. Nie mogłam odwrócić się nawet na chwilę, bo z każdej strony mogło na nas wyjść niespodziewanie coś makabrycznego. 


  Naprawdę świetnie ucharakteryzowani ludzie straszyli swoim wyglądem i dziwnym zachowaniem każdego kto się nawinął. Michał oczywiście nie omieszkał pomóc im w straszeniu mnie i kilka razy im się to udało. To było do tego stopnia dobrze zorganizowane, że po pół godziny chodzenia w tej mgle, można było się zacząć bać zwykłych ludzi mijających nas w alejkach parku. Postanowiliśmy przy okazji skorzystać z dodatkowych Halloween'owych atrakcji i wykupiliśmy dodatkowy bilet na Haunted Holidays (5 euro). Kolejka była strasznie długa, staliśmy w niej więcej niż godzinę. W sumie nie narzekaliśmy aż tak bardzo, choć robiło się coraz chłodniej. Okazało się, że jest to długi ciąg pomieszczeń ze straszącymi Cię w nich różnymi stworami i przedmiotami. Było trochę za gęsto ludzi żeby wystraszyć się każdej jednej rzeczy, ale udało im się nawet w takiej sytuacji. Mnie na przykład przestraszyła głowa wyskakująca z obrazu i karzeł wychodzący zza, na pierwszy rzut oka mającego cię wystraszyć, dużego mężczyzny siedzącego w fotelu. Z okularami 3D, bo z nimi wchodziło się do tych pomieszczeń, żeby zwiększyć fantastyczność tego miejsca (w przeciwieństwie do wielu filmów, gdzie efekty 3D są niemal niewidoczne, tutaj działało w każdym miejscu), wyszliśmy z powrotem w straszne alejki parku.


 W końcu udało nam się też dotrzeć do celu. El Condor różnił się od pozostałych tym, że nogi zwisały luźno podczas jazdy co dawało ogromny efekt gdy kilkukrotnie wisiało się do góry nogami 32 metry nad ziemią. Na sam koniec Michał przejechał się jeszcze naszą pierwszą atrakcją, czyli Xpress'em.


  Z wielu dostępnych atrakcji nie zdążyliśmy skorzystać. Było ich naprawdę dużo, a mimo że spędziliśmy tam cały dzień to można było spędzić i drugi. Na pamiątkę kupiliśmy sobie po pocztówce. I ruszyliśmy na autobus, który czekał już na parkingu przed wejściem. Spokojnie usiedliśmy i zaraz po tym jak skończyły się miejsca siedzące ruszyliśmy, a za nami podjechał kolejny pusty autobus po resztę ludzi. Na dworcu poczekaliśmy kilkanaście minut na pociąg do Utrechtu i tą samą trasą wróciliśmy do Nijmegen, a tam rowerami do akademika. I po napiciu się ciepłego kakao poszliśmy spać. Usatysfakcjonowani i zadowoleni, ale jednocześnie bardzo zmęczeni. Warto było, tym bardziej, że to była moja pierwsza wizyta w wesołym miasteczku. Polecam :)

czwartek, 4 października 2012

Anarchy in the NL

Znacie ten obrazek? Nasza korespondentka ze Szkocji może odniesie się do niego w komentarzu ;), a tymczasem ja pokażę parę zdjęć ilustrujących nieposłuszeństwo obywatelskie i lokalny "chaos" w Nijmegen.
Do zamieszek w Madrycie nam jednak jeszcze dość daleko.


Ten akt sympatycznego wandalizmu można znaleźć na ścianie stacji benzynowej koło naszego akademika. 

W Polsce podobne hasła też można znaleźć na murach, ale giną w zalewie kibolskiego chamstwa.

Partia Piratów (0.3% - aż? tylko? - we wrześniowych wyborach parlamentarnych w Holandii, największa partia pozaparlamentarna) obecna w oknie akademika. Niestety flaga kilka dni później zniknęła. Ciekawe, czy właściciel zapragnął więcej światła słonecznego w pokoju, wyprowadził się, czy zdjął ją z jeszcze innego powodu.



Tu już ciężko o dorobienie zaangażowanej politycznie interpretacji ;) Niemniej taki "wandalizm" mi się podoba, jest subtelny i zabawny. 

Wierzcie lub nie, ale naprawdę niewiele jest tutaj dużych napisów na ścianach. Zdarzają się, ale bardzo sporadycznie.

Wlepki (reklamowe) można bardzo kreatywnie wykorzystać. "Uwaga, przechodnie z zakupami"? Tylko co oni robią pod Belwederem?

Pod spodem plakaty wyborcze, na wierzchu - "ten sam cyrk, inni klauni". Biorąc pod uwagę wyniki wyborów nawet klauni się za bardzo nie zmienili ;)

Trudno oczekiwać buntowniczego charakteru i wandalizmu od ludzi, którzy robią sweterki drzewom pod domem.

Podsumowując:
(na drzwiach zamkniętego lokalu w centrum Nijmegen)


... a w następnym odcinku... Maastricht! Czyli ruszamy cztery litery poza Nijmegen i okolice :)

czwartek, 27 września 2012

Czas na zakupy... (cz. 1)


Czas na zakupy...

Mówią, żeby nie przeliczać euro na złotówki, bo patrząc w ten sposób niczego nie kupię. Z drugiej jednak strony trudno mi jest tego nie robić, gdyż fundusze które posiadam pochodzą z polskich zarobków przekształcanych na to co mam w portfelu, po kursie wciąż powyżej 4,10. Więc wszystko co kupuję jest dwa, albo i trzy razy przemyślane, w kontekście ceny i oczywiście tego czy jest to rzecz niezbędna w danym momencie. Odkąd przyjechaliśmy do Nijmegen zauważyliśmy, że większość rzeczy jest tu sporo droższa. Wiele produktów jest zupełnie innych, i nie tylko pod względem porównania do analogicznych rzeczy w naszym kraju, ale można tu także znaleźć masę smakołyków, które u nas są albo mało popularne, albo nie ma ich wcale. Tak więc po krótce opiszę nasze spostrzeżenia.
Jak do tej pory odwiedziliśmy wiele sklepów różnych sieci, chyba najtańszym jednak okazał się Albert Heijn. Posiada on produkty marki Euro Shopper w biało-czerwonych opakowaniach, podobnie jak Biedronka czy Kaufland produkty swojej marki. Są one dużo tańsze i wcale nie ustępują jakości innym rzeczom. Masło czekoladowe mają szczególnie dobre :) Do innych w miarę przystępnych cenowo sklepów należy Coop, równie często występujący w Nijemgen.
Z produktów które porównaliśmy z polskimi i które niestety wypadły gorzej to pieczywo. Każdy tutejszy chleb przypomina nasz tostowy, czyli taką kwadratową, miękką bułkę. Co z tego, że z ciemnej mąki, albo z ziarnami jeśli to w smaku w ogóle nie przypomina chleba. Fakt, dzięki temu utrzymuje się długo świeże, ale już po pierwszym tygodniu zaczęliśmy poszukiwać czegoś co będzie choć trochę chrupiące i pachnące. Zaczęliśmy myśleć nawet o upieczeniu czegoś samodzielnie. Piekarniki mamy na każdym piętrze, więc zbyt wielu przeszkód ku temu nie ma.
Na całe szczęście dla mnie, czyli ogromnej fanki mleka, która nie może bez niego życ, jest ono tu powszechnie dostępne. W różnych wersjach „tłuszczowych” tak jak u nas, w cenie od 0,49 do 2,00 euro za litr w zależności od rodzaju i kartonu/butelki. Półtłuste które najbardziej sobie upodobałam, w kartonie tyle, że bez żadnego wielokrotnego otwarcia kosztuje właśnie 0,49, czyli ciut ponad 2 zł, dokładnie tak jak w polskiej biedronce. Mają tu ogromne ilości przeróżnych napojów mlecznych, w bardzo wielu smakach, gotowe kakao w dużych szklanych butelkach bądź kartonach, od maleńkich ze słomką do dużych rodzinnych dwulitrowych opakowań. Jogurty, serki, kaszki, desery ryżowe, od małych do bardzo popularnych tu dużych, nawet 0,5 kilogramowych pudełek. Ogrom serów, z których zresztą Holandia słynie. Od młodych do wybitnie dojrzałych, które dla mnie już za bardzo śmierdzą, jednak niektóre osoby je spożywają ;) Niestety nie znalazłam tu jak do tej pory sera białego, czyli naszego twarogu. I podobno nie dostanę go tutaj, chyba, że w polskich sklepach, ale te znajdują się tylko w większych miastach.
Coś co mnie tu zadziwiło to to, że jest tu bardzo dużo gotowych produktów lub nawet dań w supermarketach. Tak na przykład: obrane marchewki, pokrojone w kosteczkę mięso, albo kiełbasa w plasterkach, mieszanki warzyw do surówek, zupy w puszkach, pokrojony w paseczki ser, lub taki już starkowany. Mamy tu duży wybór opakowań z gotowymi daniami do mikrofalówki, bądź szybkiego przygotowania na patelni. Według mnie strasznie sprzyja to lenistwu, choć i oszczędności czasu, jednak mając gotową zupę pomidorową, nigdy nie nauczysz się jej samemu przyrządzać.
Mięso jest tu strasznie drogie. Filet z kurczaka po 7-8 euro za kilogram, dwa plasterki schabu do opanierowania i usmażenia 3-4 euro. Mielone mięso jak do tej pory wychodzi najtaniej, da się je kupić nawet za 4-6 euro za kilogram, zwykle jest to mieszanka wołowo-wieprzowa. Po odpowiednim doprawieniu nawet nienajgorsza. Przyprawy są tu bardzo drogie, więc będąc we wrześniu w Polsce, zakupiłam spory zapas tych, których najczęściej używam i to po kilka opakowań. Szczególnie ukochanej mi bazylii.
Wspomnę też o alkoholu. W supermarketach dostępne są tylko alkohole nisko procentowe: wina – duży wybór, niestety jeszcze nie udało nam się zrozumieć oznaczeń i wybrać tego półsłodkiego, męczymy się więc kolejny raz z wytrawnym; piwo – w ogromnej większości w butelkach 0,3 i małych puszkach jak słodkie napoje typu cola, co jest dość dla nas nietypowe. Z polskich marek widzieliśmy: Lecha, Tyskie i Żywca, w normalnych, pół litrowych puszkach. Mocniejsze trunki można nabywać tylko w sklepach z alkoholami typu Gall & Gall, dość częsty w Nijmegen. To co w Polsce nigdy nie rzuciło mi się w oczy i czego nie próbowałam, a tutaj jest popularne, to gazowany cydr jabłkowy: Jillz (tutejsza marka).

niedziela, 23 września 2012

I nastała jesień

  Za oknem silny wiatr, deszcz. Jest już ciemno, więc przestałam to widzieć. Nie słyszę tego, bo okna są szczelne. Nie czuję, gdyż w pokoju jest ciepło, zaczęli już grzać. Siedzę przy biurku nad rozłożonymi notatkami, książkami, google translatorem i staram się coś dziś jeszcze porządnego zrobić.
  W między czasie udało mi się napisać nowy wiersz. Ostatnio wróciła wena, długo się nie pokazywała. Nie żebym była jakaś bardzo smutna, ale ani pogoda, ani codzienność nie sprawiły żebym pałała radością. Cóż poradzić. Przejdzie mi gdy sobie na spokojnie wszystko przemyślę, albo jeszcze lepiej gdy zajmę myśli czymś innym. Pomysł zawsze się jakiś znajdzie. Mam kilka w zanadrzu, takie uspołeczniające. Trzeba by się za naukę holenderskiego także wziąć.
  Chwilową radością i nadzieją na spełnienie dawno wyczekiwanego marzenia, napełniło mnie dzisiaj odkrycie koncertu Opetha w niedalekiej Belgii, w Brukseli dokładniej, 20 listopada (niezły prezent urodzinowy). Łącząc to ze zwiedzaniem miasta, udałaby się nam przyjemna wycieczka. W najbliższym czasie koniecznie trzeba się temu bliżej przyjrzeć, opracować plan wyjazdu, jakiś nocleg i tylko czekać z utęsknieniem na ukochane dźwięki, przy których wytrwale trwam od ponad czterech lat.

Opeth - Porcelain Heart

A tak przy okazji, przedstawię Wam rudego kota. Siedzi bardzo często pod którymiś drzwiami na klatce schodowej i miauczy okrutnie gdy kogoś zobaczy, zawsze we wczesnych godzinach porannych. Nazwałam go Rambo (w sumie nie mam pojęcia dlaczego, po prostu któregoś ranka to była pierwsza nazwa jaka mi się nasunęła na myśl gdy go zobaczyłam). Jest wielki ;)



wtorek, 18 września 2012

Pod choinkę

Pod choinkę sprawię Ci... (przez chwilę trybiki w mózgu pracują, aż huczy) ...a nie!, sobie sprawię nowego faceta.
- Ewelina nie może ścierpieć, że jej nie słucham.

niedziela, 16 września 2012

Erasmus at Radboud University Nijmegen - practical tips

(this note is in English, as hopefully it might be useful for others going to study here)

Accomodation

I've been told it's difficult to find a room for rent in a private house in Nijmegen. Haven't tried that myself though. If you want to find one it may be a good idea to contact some of the former Erasmus students who lived in rented room/apartment and get some contact informations from them. Polish students can find students' opinions and email addresses to some of them at Giełda informacji studentów Erasmusa.

sshn

Many (most?) Erasmus students gets a room from the sshn (Short Stay Housing Nijmegen) - organisation that has several student housing complexes in Nijmegen.
In theory the cheapest ones are Griftdijk (Lent) and Vossenveld, which (according to the sshn website) are about €280/month. It's bullshit for exchange students - Erasmus students all pay €330/month whether they live in Lent, Vossenveld or Hoogeveldt. The former two are located far form the University buildings and I'd personally strongly reccomend applying for a room in Hoogeveldt complex where I currently live.
Lent (actually Lent is the name of a village on the other bank of Waal river and the complex is called Griftdijk but commonly reffered to as Lent) is located in the middle of nowhere on the other side of the river and according to former students' opinions found online it has very thin walls, making everything you do audible to the others. On the other hand there are lots of foreign students and they party often.
Vossenveld is located in Nijmegen itself, but quite far from the University and from the city centre.
To the contrary Hoogeveldt is located literally five minutes walk from the University buildings. You live in your own room within a common corridor with fifteen other students, sharing a kitchen, three showers and three toilets (and everyone has a sink in one's room). Most of the students in both mine and Ewelina's corridor are exchange ones, so I assume sshn tries to give you a room with other non-Dutch students. However it's not a rule - I know a great Hungarian girl who lives in Vossenveld with only Dutch students.
If I were to tell the greatest downside of living in Hoogeveldt it would be the lack of private showers in the rooms, but it's not a big deal really.
In our rooms we had a bed, a desk, an office chair, an armchair, a small coffee-table, two lamps, a bookcase, a drawer unit and a bin (all from IKEA). There were also a wardrobe, a sink and a small mirror cabinet and a short internet cable.
You cannot really choose a student complex (not to mention specific room), but you can tell sshn about your preferences. From my (short) experience these are the three main complexes where Erasmus students are located. You can always try to get a room in some other complex (there are about twenty of them, mostly small ones), but it's not really likely to get a place in many of them (at least I wanted a room in Westerhelling, if not possible then in Proosdij and Hoogeveldt was my third choice, and I got a room in Hoogeveldt).
It's worth a note, that:
All exchange students from IRUN partners (Westfälische Wilhelms-Universität Münster, Universität Duisburg-Essen, University of Glasgow, University of Ljubljana, Università degli Studi di Siena, Jagiellonian University Krakow, Pazmany Peter Catholic University, and the Universitat de Barcelona) who come to Nijmegen will be guaranteed housing.

How to get there

These are definetely not all the routes you should consider! Just a handful of tips you might find useful.
You can fly to Amsterdam or Eindhoven and then take a train (about €18 from Amsterdam, €12 from Eindhoven). You can find a train connection on NS website or using a very nice public transport planner 9292. Also Google maps work nicely with Dutch railway and bus connections.
From Poland and Germany there's a night train. The ticked bought in advance can cost €29 (limited tickets, when they end next ones are for €39 and after them - €49). Be careful - you may have an impression that there are still the cheapest tickets available, but once you try to buy them you are told, that only more expensive ones are available - so you have to try to buy them for €29 to find out they are sold out. At least that's how Duetsche Bahn website works. With that train you go to Arnhem and from there you have a 15 minutes train ride to Nijmegen. The train has one big adventage over plane - you can take as much luggage as you want.

The first day in Nijmegen

On the first day you will need to go to the International Office (Comeniuslaan 4) - you can take a bus there from the railway station, which will cost you probably €2. It's possible to go there on foot, but I wouldn't recommend that if you have heavy luggage.
In the IO you will sign some papers, receive student's card, map of Nijmegen and some papers containing useful information.
If you have a room form sshn next thing you do is going to their office (Laan van Scheut 4). It's not very far, so you can walk there. In the office you are given room contract and other documents to sign. Once you sign them you are given the key to your room and are free to go see it :)
If your rent starts at Saturday (September 1st in 2012 was a Saturday) it should be possible to collect the key one day earlier (Friday), as the office is closed od weekends.
It is not possible to choose a room (but maybe you could ask them for some specific arrangements via email) and it is not possible to change it (or we didn't try hard enough).
In our (mine and Ewelina's) case we were lucky to get rooms in the same staircase, however on different floors.

Buying stuff

SSHN offers its tenants linen package for €50 and kitchen utensils set for €55. Students who want to buy this stuff themselves (probably a bit cheaper) should start at Dukenburg - a biggest shopping mall in Nijmegen, with a few shops that have very reasonable prices for home utensils.
If you want to buy a second-hand bike (and I'm pretty sure you do or will do) a good place to look for it is marktplaats.nl - a very popular Dutch website with lots of advertisements and offers. For us it was not a problem to find nice bikes in Nijmegen for €50-€60. You should also buy a lock, cheap ones can be found in Dukenburg (simplest for €1-€2, better ones for €5-€6).