17.10.2012, 7:57, widok z okna. Czasami warto wstawać rano.
piątek, 26 października 2012
niedziela, 21 października 2012
Walibi World
Żółty to ja, Czerwony to Michał. Tak wyglądaliśmy na wszystkich kolejkach.
Od początku pobytu w Holandii Michał
bardzo chciał żebyśmy odwiedzili jeden z parków rozrywki. Jest
ich na jej terenie kilka, ale wybieraliśmy między Eftelingiem, a
Walibi. Pierwszy bardziej baśniowy, ze spokojniejszymi atrakcjami
podobno warto zobaczyć choćby ze względu na klimat. Drugi z
bardziej ekscytującymi atrakcjami, między innymi dużą ilością
roller
coasterów. Tak więc 13 października wybór padł na ten drugi.
Decyzja podjęta wczesnym rankiem, podróż zaplanowana i
przygotowana w ciągu godziny. Żadne z nas jej nie żałuje,
ponieważ było super ;)
Wyruszyliśmy
z akademika na stację rowerami o 9:45. Wzięliśmy ze sobą trochę
prowiantu, kilka kanapek, termos z gorącą herbatą, jakieś
słodycze i napoje, żeby nie wydawać zbędnie pieniędzy na na
pewno drogie rzeczy w Walibi. O 10:10 odjechał, na szczęście razem
z nami pociąg do Utrechtu, tam przesiadka do Hardewijk (bilet dla
jednej osoby w dwie strony – 30,70 euro). W tej miejscowości tuż
przy stacji stała budka z Panem w środku sprzedającym bilety na
autobus do parku (7 euro w dwie strony) i wejściówki do parku jeśli
ktoś chciał (30 euro). Dla nas najkorzystniejsza okazała się
opcja combi, czyli jedno i drugie za 31 euro. Okazało się także,
że w ten weekend i następny, z okazji Halloween, park jest otwarty
dłużej (w sobotę do 23:00), oraz otwarte są nowe atrakcje w
tematyce owego święta, ale o tym później.
Tak
więc autobusem dojechaliśmy na miejsce, podziwiając wcześniej
niepowtarzalny widok morza tuż przy prostej drodze najmłodszej
prowincji Holandii, czyli Flevolandu. Wyrwana morzu w 1986 roku
sprawia wrażenie jakby woda po prawej stronie była wyżej niż
podłoże po lewej, tak jakby tylko droga wybudowana na wale
zapobiegała katastrofie. Na miejsce dotarliśmy o 12:45, tak jak
planowaliśmy. Pogoda niestety nam tego dnia nie dopisała. Sporo
padało i było chłodno, miałam parasol na wszelki wypadek więc
nie było tak źle, naprawdę przydał się, szczególnie podczas
czekania w kolejkach. Po zdobyciu mapy parku wybraliśmy wstępnie
atrakcje które chcemy na pewno odwiedzić.
I porwałam się na
pierwszego lepszego roller coastera, zupełnie bez świadomości jaki
będzie. Zaryzykowałam, przynajmniej nie bałam się na sam jego
widok. Michał zdziwiony oczywiście się zgodził i już po 10
minutach siedzieliśmy przypięci w Xpress'ie. Było strasznie! Byłam
przerażona. Pierwszy raz byłam na czymś takim. Żołądek unosi
się do góry, trzymasz się kurczowo zapięć i lecisz w dół. Po
tym stwierdziłam, że jeśli chcę jeździć tego dnia jeszcze czymś
podobnym, to nie wolno mi nic jeść. I tego się trzymałam. Michał
śmiał się tylko ze mnie i dokuczał mi wcinając Knoppersy. Gdy
ochłonęłam, poszliśmy dalej. W związku z tym, że zaczęło
padać, wybarliśmy Merlin's Magic Castle. Tutaj czekaliśmy w
kolejce nieco dłużej, około 25 minut. Weszliśmy do środka z dużą
grupą osób, tam w pierwszej sali puszczono nam krótki filmik z
Merlinem, niestety tylko po holendersku, więc nic nie zrozumieliśmy.
Potem przejście do drugiej sali i tam po zajęciu miejsc czarodziej
nas zaskoczył sztuczką magiczną. Nie zdradzę jednak co to było,
żeby nie psuć nikomu zabawy przy ewentualnych odwiedzinach parku.
Następnie udaliśmy się w okolice Sherwood Forest na kolejny roller
coaster. Robin Hood, bo tak się nazywał, był większy. Michał
pewny tego, że tym razem będzie spokojniej i mniej strasznie,
namówił mnie do czekania w tym razem jeszcze dłuższej kolejce. Po
mniej więcej 45 minutach czekania w deszczu wsiedliśmy do długiego
wagonika. Za pierwszym lekkim zakrętem ruszyliśmy pod górę.
Naprawdę wysoko (32 metry) i zaraz potem ostro w dół. To było
dużo straszniejsze niż poprzednie! Wcisnęło mnie w krzesło, a
Michał cały czas się śmiał, gdy ja krzyczałam. Chciał żebym
puściła ręce do góry, a ja przerażona trzymałam pięści
zaciśnięte tak, że nikt nie byłby w stanie ich wtedy oderwać,
chyba że łomem. Zostało mu wybaczone wprowadzenie mnie w błąd co
do intensywności atrakcji, gdyż sam był w błędzie. Musiałam po
tym odpocząć, więc na teraz wybraliśmy coś spokojnego. Wychodząc
z Sherwood skierowaliśmy się do Wild Wild West, gdzie Michał
wsiadł do Tomahawka. Nie miałam ochoty w danym momencie kręcić na
czymkolwiek więc robiłam tylko zdjęcia. Uwierzyłam na słowo, że
było fajnie ;)
Idąc dalej przejechaliśmy się dwa razy Rattle
Snake. Weszliśmy na teren Walibi Play Landu, wersja mini parku dla
dzieci i dość szybko z niego wyszliśmy. Zaraz za jego granicą,
ponownie sam, Michał wypróbowywał Super Swing, czyli karuzelę,
ale z krzesełkami wiszącymi na łańcuchach 2-3 metry nad ziemią.
Nie miałam ochoty kręcić się na karuzeli, więc podziwiałam w
tym czasie małą, kolorową fontannę. A stamtąd już tylko kilka
metrów dzieliło nas od kolejnego roller coaster'a Speed of Sound.
W
kolejce musieliśmy stać dosyć długo, prawdoodobnie prawie
godzinę. Przez cały czas zapierałam się rękami i nogami, że nie
wsiądę do niego, gdyż mając tuż nad głową dźwięk stali i
krzyczących ludzi byłam wystraszona. Ogromna konstrukcja i to jak
poruszał się długi wagon po torze mogło mnie z łatwością
wprawić w nerwowy nastrój. Z czasem jednak oswajałam się z tym co
widziałam i słyszałam i ostatecznie zdecydowałam się na jazdę.
Ku uciesze mojego towarzysza zajęliśmy pierwsze miejsca, tak że
byliśmy parą na samym przodzie wagonika. Jak mam ginąć to co to
za różnica z jakiej pozycji. Najpierw tyłem, powoli do góry,
chwila wstrzymania oddechu i ostro w dół. Po pierwszej część
bardzo mi się podobało, ale druga była bardzo nieprzyjemna, czyli
jazda tyłem po tej samej trasie niemal równie szybko. To przeważyło
o tym żebym zdecydowała, że tego dnia już do żadnego roller
coaster'a nie wsiądę, za żadne skarby. Michał mnie nawet nie
namawiał, wiedział, że jak sobie coś postanowię i to bardzo
poważnie, to nie ma szans na zmianę decyzji. Po napiciu się
gorącej herbaty z termosu (który zresztą był świetnym pomysłem)
i chwili odpoczynku mogliśmy iść dalej. Skierowaliśmy się na
upatrzony już wcześniej kłodozjazd tutaj zwany Crazy River. To mi
się bardzo podobało, nawet jeśli nas trochę zmoczyło. Specjalnie
usiadłam z tyłu żeby schronić się w odpowiednim momencie. Gdyby
nie to, że znowu płynęliśmy kawałek tyłem (czego bardzo
chciałam uniknąć po ostatniej przejażdżce), może zdecydowałabym
się na to jeszcze raz. W drodze na La Grande Roue, czyli diabelski
młyn, żeby obejrzeć cały park z najwyższego jego punktu (45
metrów) i już na jego szczycie, zaplanowaliśmy co dalej.
Mapy
okazały się naprawdę przydatne. Nie ma się szans na spróbowanie
wszystkiego, więc jednak trzeba wybierać to co się chce zobaczyć
i poruszać się po parku raczej nie po omacku. Szkoda, że przez
większość czasu padał deszcz. Mimo to byliśmy w dobrych
nastrojach i bawiliśmy się przez cały czas bardzo dobrze (mój
żołądek niekoniecznie cały czas). Zawsze chciałam pojeździć
samochodzikami i pozderzać się z innymi, takie dziecięce
niespełnione marzenie. Tutaj się udało i kilka minut mogłam
cieszyć się takim drobiazgiem :)
Mimo
że ja nie zamierzałam jeździć resztą wielkich kolejek, stałam
chętnie czekając aż skorzysta z nich Michał. Dużo lepiej czułam
się ze świadomością, że ja tam nie wsiadam, mogłam więc
pastwić się nad chłopakiem, który do tej pory straszył mnie.
Najpierw Goliath, 46 metrów wysokości, 1.2 km długości z
prędkością 106 km/h. Konstrukcja naprawdę imponująca. A wrażenia
na pewno niezapomniane.
Przed
19:00 zaczęło się ściemniać. Z powodu pochmurnej pogody i
wypuszczonej sztucznej mgły na uliczki parku, Walibi zmieniło się
dość szybko w mroczne i straszne miejsce. Wiedzieliśmy już
wcześniej, że w parku szykują jakieś atrakcje z okazji
zbliżającego się Halloween, ale nie wiedzieliśmy co to będzie.
Idą w kierunku El Condor, czyli ostatniego roller coaster'a,
napotkaliśmy wielu 'dziwnych' ludzi. Co chwilę słychać było
krzyk dziewczyn. Nie mogłam odwrócić się nawet na chwilę, bo z
każdej strony mogło na nas wyjść niespodziewanie coś
makabrycznego.
Naprawdę świetnie ucharakteryzowani ludzie straszyli
swoim wyglądem i dziwnym zachowaniem każdego kto się nawinął.
Michał oczywiście nie omieszkał pomóc im w straszeniu mnie i
kilka razy im się to udało. To było do tego stopnia dobrze
zorganizowane, że po pół godziny chodzenia w tej mgle, można było
się zacząć bać zwykłych ludzi mijających nas w alejkach parku.
Postanowiliśmy przy okazji skorzystać z dodatkowych Halloween'owych
atrakcji i wykupiliśmy dodatkowy bilet na Haunted Holidays (5 euro).
Kolejka była strasznie długa, staliśmy w niej więcej niż
godzinę. W sumie nie narzekaliśmy aż tak bardzo, choć robiło się
coraz chłodniej. Okazało się, że jest to długi ciąg pomieszczeń
ze straszącymi Cię w nich różnymi stworami i przedmiotami. Było
trochę za gęsto ludzi żeby wystraszyć się każdej jednej rzeczy,
ale udało im się nawet w takiej sytuacji. Mnie na przykład
przestraszyła głowa wyskakująca z obrazu i karzeł wychodzący
zza, na pierwszy rzut oka mającego cię wystraszyć, dużego
mężczyzny siedzącego w fotelu. Z okularami 3D, bo z nimi wchodziło
się do tych pomieszczeń, żeby zwiększyć fantastyczność tego
miejsca (w przeciwieństwie do wielu filmów, gdzie efekty 3D są
niemal niewidoczne, tutaj działało w każdym miejscu), wyszliśmy z
powrotem w straszne alejki parku.
W końcu udało nam się też
dotrzeć do celu. El Condor różnił się od pozostałych tym, że
nogi zwisały luźno podczas jazdy co dawało ogromny efekt gdy
kilkukrotnie wisiało się do góry nogami 32 metry nad ziemią. Na
sam koniec Michał przejechał się jeszcze naszą pierwszą
atrakcją, czyli Xpress'em.
Z
wielu dostępnych atrakcji nie zdążyliśmy skorzystać. Było ich
naprawdę dużo, a mimo że spędziliśmy tam cały dzień to można
było spędzić i drugi. Na pamiątkę kupiliśmy sobie po pocztówce.
I ruszyliśmy na autobus, który czekał już na parkingu przed
wejściem. Spokojnie usiedliśmy i zaraz po tym jak skończyły się
miejsca siedzące ruszyliśmy, a za nami podjechał kolejny pusty
autobus po resztę ludzi. Na dworcu poczekaliśmy kilkanaście minut
na pociąg do Utrechtu i tą samą trasą wróciliśmy do Nijmegen, a
tam rowerami do akademika. I po napiciu się ciepłego kakao
poszliśmy spać. Usatysfakcjonowani i zadowoleni, ale jednocześnie
bardzo zmęczeni. Warto było, tym bardziej, że to była moja
pierwsza wizyta w wesołym miasteczku. Polecam :)
czwartek, 4 października 2012
Anarchy in the NL
Znacie ten obrazek? Nasza korespondentka ze Szkocji może odniesie się do niego w komentarzu ;), a tymczasem ja pokażę parę zdjęć ilustrujących nieposłuszeństwo obywatelskie i lokalny "chaos" w Nijmegen.
Do zamieszek w Madrycie nam jednak jeszcze dość daleko.
... a w następnym odcinku... Maastricht! Czyli ruszamy cztery litery poza Nijmegen i okolice :)
Do zamieszek w Madrycie nam jednak jeszcze dość daleko.
Ten akt sympatycznego wandalizmu można znaleźć na ścianie stacji benzynowej koło naszego akademika.
W Polsce podobne hasła też można znaleźć na murach, ale giną w zalewie kibolskiego chamstwa.
Partia Piratów (0.3% - aż? tylko? - we wrześniowych wyborach parlamentarnych w Holandii, największa partia pozaparlamentarna) obecna w oknie akademika. Niestety flaga kilka dni później zniknęła. Ciekawe, czy właściciel zapragnął więcej światła słonecznego w pokoju, wyprowadził się, czy zdjął ją z jeszcze innego powodu.
Tu już ciężko o dorobienie zaangażowanej politycznie interpretacji ;) Niemniej taki "wandalizm" mi się podoba, jest subtelny i zabawny.
Wierzcie lub nie, ale naprawdę niewiele jest tutaj dużych napisów na ścianach. Zdarzają się, ale bardzo sporadycznie.
Wlepki (reklamowe) można bardzo kreatywnie wykorzystać. "Uwaga, przechodnie z zakupami"? Tylko co oni robią pod Belwederem?
Pod spodem plakaty wyborcze, na wierzchu - "ten sam cyrk, inni klauni". Biorąc pod uwagę wyniki wyborów nawet klauni się za bardzo nie zmienili ;)
Trudno oczekiwać buntowniczego charakteru i wandalizmu od ludzi, którzy robią sweterki drzewom pod domem.
Podsumowując:
(na drzwiach zamkniętego lokalu w centrum Nijmegen)
... a w następnym odcinku... Maastricht! Czyli ruszamy cztery litery poza Nijmegen i okolice :)
czwartek, 27 września 2012
Czas na zakupy... (cz. 1)
Czas na zakupy...
Mówią, żeby nie przeliczać euro
na złotówki, bo patrząc w ten sposób niczego nie kupię. Z
drugiej jednak strony trudno mi jest tego nie robić, gdyż fundusze
które posiadam pochodzą z polskich zarobków przekształcanych na
to co mam w portfelu, po kursie wciąż powyżej 4,10. Więc wszystko
co kupuję jest dwa, albo i trzy razy przemyślane, w kontekście
ceny i oczywiście tego czy jest to rzecz niezbędna w danym
momencie. Odkąd przyjechaliśmy do Nijmegen zauważyliśmy, że
większość rzeczy jest tu sporo droższa. Wiele produktów jest
zupełnie innych, i nie tylko pod względem porównania do
analogicznych rzeczy w naszym kraju, ale można tu także znaleźć
masę smakołyków, które u nas są albo mało popularne, albo nie
ma ich wcale. Tak więc po krótce opiszę nasze spostrzeżenia.
Jak do tej pory odwiedziliśmy wiele
sklepów różnych sieci, chyba najtańszym jednak okazał się
Albert Heijn. Posiada on produkty marki Euro Shopper w
biało-czerwonych opakowaniach, podobnie jak Biedronka czy Kaufland
produkty swojej marki. Są one dużo tańsze i wcale nie ustępują
jakości innym rzeczom. Masło czekoladowe mają szczególnie dobre
:) Do innych w miarę przystępnych cenowo sklepów należy Coop,
równie często występujący w Nijemgen.
Z produktów które porównaliśmy z
polskimi i które niestety wypadły gorzej to pieczywo. Każdy
tutejszy chleb przypomina nasz tostowy, czyli taką kwadratową,
miękką bułkę. Co z tego, że z ciemnej mąki, albo z ziarnami
jeśli to w smaku w ogóle nie przypomina chleba. Fakt, dzięki temu
utrzymuje się długo świeże, ale już po pierwszym tygodniu
zaczęliśmy poszukiwać czegoś co będzie choć trochę chrupiące
i pachnące. Zaczęliśmy myśleć nawet o upieczeniu czegoś
samodzielnie. Piekarniki mamy na każdym piętrze, więc zbyt wielu
przeszkód ku temu nie ma.
Na całe szczęście dla mnie, czyli
ogromnej fanki mleka, która nie może bez niego życ, jest ono tu
powszechnie dostępne. W różnych wersjach „tłuszczowych” tak
jak u nas, w cenie od 0,49 do 2,00 euro za litr w zależności od
rodzaju i kartonu/butelki. Półtłuste które najbardziej sobie
upodobałam, w kartonie tyle, że bez żadnego wielokrotnego otwarcia
kosztuje właśnie 0,49, czyli ciut ponad 2 zł, dokładnie tak jak w
polskiej biedronce. Mają tu ogromne ilości przeróżnych napojów
mlecznych, w bardzo wielu smakach, gotowe kakao w dużych szklanych
butelkach bądź kartonach, od maleńkich ze słomką do dużych
rodzinnych dwulitrowych opakowań. Jogurty, serki, kaszki, desery
ryżowe, od małych do bardzo popularnych tu dużych, nawet 0,5
kilogramowych pudełek. Ogrom serów, z których zresztą Holandia
słynie. Od młodych do wybitnie dojrzałych, które dla mnie już za
bardzo śmierdzą, jednak niektóre osoby je spożywają ;) Niestety
nie znalazłam tu jak do tej pory sera białego, czyli naszego
twarogu. I podobno nie dostanę go tutaj, chyba, że w polskich
sklepach, ale te znajdują się tylko w większych miastach.
Coś co mnie tu zadziwiło to to, że
jest tu bardzo dużo gotowych produktów lub nawet dań w
supermarketach. Tak na przykład: obrane marchewki, pokrojone w
kosteczkę mięso, albo kiełbasa w plasterkach, mieszanki warzyw do
surówek, zupy w puszkach, pokrojony w paseczki ser, lub taki już
starkowany. Mamy tu duży wybór opakowań z gotowymi daniami do
mikrofalówki, bądź szybkiego przygotowania na patelni. Według
mnie strasznie sprzyja to lenistwu, choć i oszczędności czasu,
jednak mając gotową zupę pomidorową, nigdy nie nauczysz się jej
samemu przyrządzać.
Mięso jest tu strasznie drogie.
Filet z kurczaka po 7-8 euro za kilogram, dwa plasterki schabu do
opanierowania i usmażenia 3-4 euro. Mielone mięso jak do tej pory
wychodzi najtaniej, da się je kupić nawet za 4-6 euro za kilogram,
zwykle jest to mieszanka wołowo-wieprzowa. Po odpowiednim
doprawieniu nawet nienajgorsza. Przyprawy są tu bardzo drogie, więc
będąc we wrześniu w Polsce, zakupiłam spory zapas tych, których
najczęściej używam i to po kilka opakowań. Szczególnie ukochanej
mi bazylii.
Wspomnę też o alkoholu. W
supermarketach dostępne są tylko alkohole nisko procentowe: wina –
duży wybór, niestety jeszcze nie udało nam się zrozumieć
oznaczeń i wybrać tego półsłodkiego, męczymy się więc kolejny
raz z wytrawnym; piwo – w ogromnej większości w butelkach 0,3 i
małych puszkach jak słodkie napoje typu cola, co jest dość dla
nas nietypowe. Z polskich marek widzieliśmy: Lecha, Tyskie i Żywca,
w normalnych, pół litrowych puszkach. Mocniejsze trunki można
nabywać tylko w sklepach z alkoholami typu Gall & Gall, dość
częsty w Nijmegen. To co w Polsce nigdy nie rzuciło mi się w oczy
i czego nie próbowałam, a tutaj jest popularne, to gazowany cydr
jabłkowy: Jillz (tutejsza marka).
niedziela, 23 września 2012
I nastała jesień
Za oknem silny wiatr, deszcz. Jest już ciemno, więc przestałam to widzieć. Nie słyszę tego, bo okna są szczelne. Nie czuję, gdyż w pokoju jest ciepło, zaczęli już grzać. Siedzę przy biurku nad rozłożonymi notatkami, książkami, google translatorem i staram się coś dziś jeszcze porządnego zrobić.
W między czasie udało mi się napisać nowy wiersz. Ostatnio wróciła wena, długo się nie pokazywała. Nie żebym była jakaś bardzo smutna, ale ani pogoda, ani codzienność nie sprawiły żebym pałała radością. Cóż poradzić. Przejdzie mi gdy sobie na spokojnie wszystko przemyślę, albo jeszcze lepiej gdy zajmę myśli czymś innym. Pomysł zawsze się jakiś znajdzie. Mam kilka w zanadrzu, takie uspołeczniające. Trzeba by się za naukę holenderskiego także wziąć.
Chwilową radością i nadzieją na spełnienie dawno wyczekiwanego marzenia, napełniło mnie dzisiaj odkrycie koncertu Opetha w niedalekiej Belgii, w Brukseli dokładniej, 20 listopada (niezły prezent urodzinowy). Łącząc to ze zwiedzaniem miasta, udałaby się nam przyjemna wycieczka. W najbliższym czasie koniecznie trzeba się temu bliżej przyjrzeć, opracować plan wyjazdu, jakiś nocleg i tylko czekać z utęsknieniem na ukochane dźwięki, przy których wytrwale trwam od ponad czterech lat.
Opeth - Porcelain Heart
A tak przy okazji, przedstawię Wam rudego kota. Siedzi bardzo często pod którymiś drzwiami na klatce schodowej i miauczy okrutnie gdy kogoś zobaczy, zawsze we wczesnych godzinach porannych. Nazwałam go Rambo (w sumie nie mam pojęcia dlaczego, po prostu któregoś ranka to była pierwsza nazwa jaka mi się nasunęła na myśl gdy go zobaczyłam). Jest wielki ;)
W między czasie udało mi się napisać nowy wiersz. Ostatnio wróciła wena, długo się nie pokazywała. Nie żebym była jakaś bardzo smutna, ale ani pogoda, ani codzienność nie sprawiły żebym pałała radością. Cóż poradzić. Przejdzie mi gdy sobie na spokojnie wszystko przemyślę, albo jeszcze lepiej gdy zajmę myśli czymś innym. Pomysł zawsze się jakiś znajdzie. Mam kilka w zanadrzu, takie uspołeczniające. Trzeba by się za naukę holenderskiego także wziąć.
Chwilową radością i nadzieją na spełnienie dawno wyczekiwanego marzenia, napełniło mnie dzisiaj odkrycie koncertu Opetha w niedalekiej Belgii, w Brukseli dokładniej, 20 listopada (niezły prezent urodzinowy). Łącząc to ze zwiedzaniem miasta, udałaby się nam przyjemna wycieczka. W najbliższym czasie koniecznie trzeba się temu bliżej przyjrzeć, opracować plan wyjazdu, jakiś nocleg i tylko czekać z utęsknieniem na ukochane dźwięki, przy których wytrwale trwam od ponad czterech lat.
Opeth - Porcelain Heart
A tak przy okazji, przedstawię Wam rudego kota. Siedzi bardzo często pod którymiś drzwiami na klatce schodowej i miauczy okrutnie gdy kogoś zobaczy, zawsze we wczesnych godzinach porannych. Nazwałam go Rambo (w sumie nie mam pojęcia dlaczego, po prostu któregoś ranka to była pierwsza nazwa jaka mi się nasunęła na myśl gdy go zobaczyłam). Jest wielki ;)
wtorek, 18 września 2012
Pod choinkę
Pod choinkę sprawię Ci... (przez chwilę trybiki w mózgu pracują, aż huczy) ...a nie!, sobie sprawię nowego faceta.
- Ewelina nie może ścierpieć, że jej nie słucham.
- Ewelina nie może ścierpieć, że jej nie słucham.
niedziela, 16 września 2012
Erasmus at Radboud University Nijmegen - practical tips
(this note is in English, as hopefully it might be useful for others going to study here)
In theory the cheapest ones are Griftdijk (Lent) and Vossenveld, which (according to the sshn website) are about €280/month. It's bullshit for exchange students - Erasmus students all pay €330/month whether they live in Lent, Vossenveld or Hoogeveldt. The former two are located far form the University buildings and I'd personally strongly reccomend applying for a room in Hoogeveldt complex where I currently live.
Lent (actually Lent is the name of a village on the other bank of Waal river and the complex is called Griftdijk but commonly reffered to as Lent) is located in the middle of nowhere on the other side of the river and according to former students' opinions found online it has very thin walls, making everything you do audible to the others. On the other hand there are lots of foreign students and they party often.
Vossenveld is located in Nijmegen itself, but quite far from the University and from the city centre.
To the contrary Hoogeveldt is located literally five minutes walk from the University buildings. You live in your own room within a common corridor with fifteen other students, sharing a kitchen, three showers and three toilets (and everyone has a sink in one's room). Most of the students in both mine and Ewelina's corridor are exchange ones, so I assume sshn tries to give you a room with other non-Dutch students. However it's not a rule - I know a great Hungarian girl who lives in Vossenveld with only Dutch students.
If I were to tell the greatest downside of living in Hoogeveldt it would be the lack of private showers in the rooms, but it's not a big deal really.
In our rooms we had a bed, a desk, an office chair, an armchair, a small coffee-table, two lamps, a bookcase, a drawer unit and a bin (all from IKEA). There were also a wardrobe, a sink and a small mirror cabinet and a short internet cable.
You cannot really choose a student complex (not to mention specific room), but you can tell sshn about your preferences. From my (short) experience these are the three main complexes where Erasmus students are located. You can always try to get a room in some other complex (there are about twenty of them, mostly small ones), but it's not really likely to get a place in many of them (at least I wanted a room in Westerhelling, if not possible then in Proosdij and Hoogeveldt was my third choice, and I got a room in Hoogeveldt).
It's worth a note, that:
You can fly to Amsterdam or Eindhoven and then take a train (about €18 from Amsterdam, €12 from Eindhoven). You can find a train connection on NS website or using a very nice public transport planner 9292. Also Google maps work nicely with Dutch railway and bus connections.
From Poland and Germany there's a night train. The ticked bought in advance can cost €29 (limited tickets, when they end next ones are for €39 and after them - €49). Be careful - you may have an impression that there are still the cheapest tickets available, but once you try to buy them you are told, that only more expensive ones are available - so you have to try to buy them for €29 to find out they are sold out. At least that's how Duetsche Bahn website works. With that train you go to Arnhem and from there you have a 15 minutes train ride to Nijmegen. The train has one big adventage over plane - you can take as much luggage as you want.
In the IO you will sign some papers, receive student's card, map of Nijmegen and some papers containing useful information.
If you have a room form sshn next thing you do is going to their office (Laan van Scheut 4). It's not very far, so you can walk there. In the office you are given room contract and other documents to sign. Once you sign them you are given the key to your room and are free to go see it :)
If your rent starts at Saturday (September 1st in 2012 was a Saturday) it should be possible to collect the key one day earlier (Friday), as the office is closed od weekends.
It is not possible to choose a room (but maybe you could ask them for some specific arrangements via email) and it is not possible to change it (or we didn't try hard enough).
In our (mine and Ewelina's) case we were lucky to get rooms in the same staircase, however on different floors.
Accomodation
I've been told it's difficult to find a room for rent in a private house in Nijmegen. Haven't tried that myself though. If you want to find one it may be a good idea to contact some of the former Erasmus students who lived in rented room/apartment and get some contact informations from them. Polish students can find students' opinions and email addresses to some of them at Giełda informacji studentów Erasmusa.sshn
Many (most?) Erasmus students gets a room from the sshn (Short Stay Housing Nijmegen) - organisation that has several student housing complexes in Nijmegen.In theory the cheapest ones are Griftdijk (Lent) and Vossenveld, which (according to the sshn website) are about €280/month. It's bullshit for exchange students - Erasmus students all pay €330/month whether they live in Lent, Vossenveld or Hoogeveldt. The former two are located far form the University buildings and I'd personally strongly reccomend applying for a room in Hoogeveldt complex where I currently live.
Lent (actually Lent is the name of a village on the other bank of Waal river and the complex is called Griftdijk but commonly reffered to as Lent) is located in the middle of nowhere on the other side of the river and according to former students' opinions found online it has very thin walls, making everything you do audible to the others. On the other hand there are lots of foreign students and they party often.
Vossenveld is located in Nijmegen itself, but quite far from the University and from the city centre.
To the contrary Hoogeveldt is located literally five minutes walk from the University buildings. You live in your own room within a common corridor with fifteen other students, sharing a kitchen, three showers and three toilets (and everyone has a sink in one's room). Most of the students in both mine and Ewelina's corridor are exchange ones, so I assume sshn tries to give you a room with other non-Dutch students. However it's not a rule - I know a great Hungarian girl who lives in Vossenveld with only Dutch students.
If I were to tell the greatest downside of living in Hoogeveldt it would be the lack of private showers in the rooms, but it's not a big deal really.
In our rooms we had a bed, a desk, an office chair, an armchair, a small coffee-table, two lamps, a bookcase, a drawer unit and a bin (all from IKEA). There were also a wardrobe, a sink and a small mirror cabinet and a short internet cable.
You cannot really choose a student complex (not to mention specific room), but you can tell sshn about your preferences. From my (short) experience these are the three main complexes where Erasmus students are located. You can always try to get a room in some other complex (there are about twenty of them, mostly small ones), but it's not really likely to get a place in many of them (at least I wanted a room in Westerhelling, if not possible then in Proosdij and Hoogeveldt was my third choice, and I got a room in Hoogeveldt).
It's worth a note, that:
All exchange students from IRUN partners (Westfälische Wilhelms-Universität Münster, Universität Duisburg-Essen, University of Glasgow, University of Ljubljana, Università degli Studi di Siena, Jagiellonian University Krakow, Pazmany Peter Catholic University, and the Universitat de Barcelona) who come to Nijmegen will be guaranteed housing.
How to get there
These are definetely not all the routes you should consider! Just a handful of tips you might find useful.You can fly to Amsterdam or Eindhoven and then take a train (about €18 from Amsterdam, €12 from Eindhoven). You can find a train connection on NS website or using a very nice public transport planner 9292. Also Google maps work nicely with Dutch railway and bus connections.
From Poland and Germany there's a night train. The ticked bought in advance can cost €29 (limited tickets, when they end next ones are for €39 and after them - €49). Be careful - you may have an impression that there are still the cheapest tickets available, but once you try to buy them you are told, that only more expensive ones are available - so you have to try to buy them for €29 to find out they are sold out. At least that's how Duetsche Bahn website works. With that train you go to Arnhem and from there you have a 15 minutes train ride to Nijmegen. The train has one big adventage over plane - you can take as much luggage as you want.
The first day in Nijmegen
On the first day you will need to go to the International Office (Comeniuslaan 4) - you can take a bus there from the railway station, which will cost you probably €2. It's possible to go there on foot, but I wouldn't recommend that if you have heavy luggage.In the IO you will sign some papers, receive student's card, map of Nijmegen and some papers containing useful information.
If you have a room form sshn next thing you do is going to their office (Laan van Scheut 4). It's not very far, so you can walk there. In the office you are given room contract and other documents to sign. Once you sign them you are given the key to your room and are free to go see it :)
If your rent starts at Saturday (September 1st in 2012 was a Saturday) it should be possible to collect the key one day earlier (Friday), as the office is closed od weekends.
It is not possible to choose a room (but maybe you could ask them for some specific arrangements via email) and it is not possible to change it (or we didn't try hard enough).
In our (mine and Ewelina's) case we were lucky to get rooms in the same staircase, however on different floors.
Buying stuff
SSHN offers its tenants linen package for €50 and kitchen utensils set for €55. Students who want to buy this stuff themselves (probably a bit cheaper) should start at Dukenburg - a biggest shopping mall in Nijmegen, with a few shops that have very reasonable prices for home utensils.
If you want to buy a second-hand bike (and I'm pretty sure you do or will do) a good place to look for it is marktplaats.nl - a very popular Dutch website with lots of advertisements and offers. For us it was not a problem to find nice bikes in Nijmegen for €50-€60. You should also buy a lock, cheap ones can be found in Dukenburg (simplest for €1-€2, better ones for €5-€6).
Subskrybuj:
Posty (Atom)


